modyfikacji, to procesor 386 DX i 4 MB RAM. Oczywiście im szybszy jest sprzęt, tym lepsze wykorzystanie systemu, co jest .

Poszczególne części mózgu I człowieka spełniają różne. Ten, który uwolnił ~rlusso-. Dobrze się znać na świeckich sztukach i rzemiosłach. Musi. Się, nie zapanuje nigdy.". Intymne warunki lokalowe sprawiały, że przewód pozbawiony był przeważnie wszelkiej pompy i nacechowany sporą dozą familiarności. Bo jakże tu zachować urzędową sztywność, kiedy, dajmy na to, oskarżona po usłyszeniu wyroku ogląda się po sali i mówi z wyrzutem do sędziego: - Ironia losu, proszę Wysokiego Sądu, w swojej własnej sypialni dostaje tydzień aresztu. Bo to było moje mieszkanie. Mój figus tu na oknie stoi, mógłby Wysoki Sąd kazać go podlać - i rzuciwszy sędziemu pełne goryczy spojrzenie wychodzi. Wszyscy obecni patrzą na figurujący na parapecie przyżółkły "olejander" i konstatują, że ma istotnie sucho. Albo czy w surowych salach gmachu na Świerczewskiego byłaby możliwa scena zaobserwowana przeze mnie, kiedyś w VII oddziale sądu grodzkiego na Krochmalnej? Świadek, zeznający w procesie swojej żony, żąda rozprawy przy drzwiach zamkniętych. Sąd przychyla się do tej prośby. Poleca opróżnić salę i proces toczy się tajnie. W zeznaniach nie ma jednak żadnych okoliczności, które wymagałyby tego typu rozprawy. Po zamknięciu przewodu sędzia ze zdziwieniem pyta świadka: - Dlaczego właściwie żądał pan rozprawy przy drzwiach zamkniętych? - Bo chrypki dostaje, jak w cugu przemawiam, i migdały mnie się powiększają, proszę greckiego sądu. W "greckim" sądzie osiągnąłem jak gdyby najwyższy Stopień gwarowego wtajemniczenia. W latach chłopięcych, biegając po Kercelaku, przeszedłem coś w rodzaju początkowego kursu gwary warszawskiej. Później, prowadząc Teatr Popularny, uzupełniłem to wykształcenie do poziomu średniego. Jednak dopiero asystowanie przy niezliczonych procesach w salach sądowych pozwoliło mi wznieść się dość wysoko w tej gałęzi wiedzy. Była to prawdziwa kopalnia zwrotów gwarowych, od najbardziej uczonych aż do zelżywych, czyli "publicznych". W wielu bowiem procesach przytaczać trzeba było podczas rozprawy w oryginalnej pysznej wersji najbardziej kunsztowne wiązanki, którymi "strony" kiedyś tam, na ulicy, w maglu, w bramie czy w tramwaju, obficie się obrzuciły. Ale czasem udawało się je omówić. Na przykład kiedyś w sądzie na Targówku obrażony przodownik policji krępuje się powtórzyć przed sądem słowo, którym go zelżono. Wtedy sędzia znajduje wyjście: - Niech pan podyktuje do protokołu. Przodownik nachyla się do protokolanta i coś mu szepce. Protokolant jakby się zawahał, widząc to sędzia mówi: - Niech pan pisze przez "ch", panie kolego. Pytano mnie kiedyś, czy uważam się za współtwórcę gwary warszawskiej. Współtwórca to za duże słowo. Starałem się zawsze wiernie ją tylko odtworzyć. Oczywiście, zdarzało się czasem na kanwie istniejących zwrotów wyprodukować coś nowego, ale wypadków tych było bardzo niewiele. Ograniczałem się zazwyczaj do oszlifowania tej gwary, uzdatnienia, jak to się teraz mówi, do druku, bo w całkowicie wiernej postaci byłaby chropawa i nieczytelna. Trzeba ją też było trochę uszlachetnić, usunąć wyrażenia niesłychanie może barwne, ale zbyt plastyczne. Stępić jej ostrze. Zastąpić określenia zbyt drastyczne łagodniejszymi, elegantszymi, nie sprzeniewierzając się jednak autentyzmowi. Dotyczyło to przede wszystkim ulubionego warszawskiego zwrotu, kwestionującego moralne prowadzenie się czyjejś mamy, czyli pomówienie kogoś, że jest "wnukiem Koryntu". Wiele pomysłowości wykazywali w tym wypadku bohaterowie moich felietonów, przy mojej, nieznacznej zresztą, pomocy. Gwara bowiem jest tak zasobna że nie wymaga interwencji z zewnątrz,. - Zenek! - zawołała Ania, ale chłopak machnął tylko ręką i już był za bramą..